Dlaczego wojska ONZ wycofały się z Rwandy, kiedy rozpoczęły się walki?

Dlaczego świat wpatrywał się w tą masakrę bez reakcji?

Przybliżmy jednak na początku rys historyczny państwa rwandyjskiego. Szacuje się, że XV wiek był początkiem państwowości ówczesnego Królestwa Rwandy. Tworzyły go dwa szczepy plemienne. Tutsi, czyli w lokalnym znaczeniu posiadacze dóbr. Byli właścicielami nie tylko większości bydła, ale i ziemi, którą Hutu, jako biedni chłopi obrabiali oraz musieli za nią płacić dzierżawę. Mimo tego, że Hutu było liczniejszą grupą społeczeństwa, to Tutsi sprawowało władzę. W okresie kolonizacji rozpoczął się „wyścig o Afrykę”. Państwa europejskie podbijały nowe tereny i tak w 1885 r. Rwanda weszła pod władanie II Rzeszy, to jest Cesarstwa Niemieckiego. W związku z I wojną światową i nałożonymi sankcjami na państwo niemieckie utracili oni prawo do posiadania kolonii. Dlatego też protektorat przejęła Belgia. Konflikty między plemionami były częste. Z pewnością przyczyniły się do tego teoria ukuta pod koniec XIX wieku, iż Tutsi są potomkami imigrantów z terenu Etiopii, grupą, która jest bliższa Europejczykom. Co więcej, Belgowie podczas swoich rządów podsycili konflikt wprowadzając prawo, że tylko Tutsi mają prawo do edukacji, a w 1933 r. wprowadzono karty identyfikacyjne ze specjalną rubryką „przynależność etniczna”. Jak się później okazało był to wyrok śmierci dla wielu Tutsi.

W 1959 roku rozpoczęła się wojna domowa. Kilka tysięcy Tutsi w obawie o swoje życie uciekła z kraju. W 1963 roku Rwanda proklamowała swoją niepodległość pod rządami plemienia Hutu. Spotkało się to z dezaprobatą Tutsi, dochodziło do zbrojnych wystąpień, a konflikt między Tutsi i Hutu z roku na rok się zaostrzał. Hutu prowadzili politykę, która uniemożliwiała sprawowanie władzy przez Tutsi, nie mogli liczyć na prestiżowe stanowiska, a w szkole na historii przedstawiano plemię Tutsi w najgorszym świetle.

Temperaturę konfliktu zwiększył kryzys ekonomiczny w latach ’80 i ’90. Państwo, którego gospodarka opiera się na eksporcie takich surowców jak kawa i banany, nawiedziła susza.

W 1990 roku wybuchła kolejna wojna domowa rozpoczęta atakiem na północne tereny kraju Tysiąca Wzgórz. Był on zorganizowany przez militarne skrzydło Rwandyjskiego Frontu Patriotycznego założonego z pomocą Ugandy w 1987 roku. Rwandyjska Patriotyczna Armia, bo tak się nazywała bojówka, chciała powrotu wypędzonych Tutsi oraz podziału władzy z Hutu. Końcowym etapem wojny było rozpoczęcie ludobójstwa. Była to tylko woda na młyn dla Hutu. Nieformalna organizacja Akazu stwierdziła, że jeśli Tutsi nie będzie w Rwandzie, sami będą rządzić. Eksterminacja 8 milionów przedstawicieli plemienia Tutsi była jednak niemożliwa na początku lat ’90 dla Hutu. Postanowiono zaangażować do tego zwykłych przedstawicieli społeczeństwa. Rozpoczęła się propaganda przedstawiająca Tutsi jako ludzi gorszej kategorii zarówno w radiu, jak i gazecie „Kangur”, która opublikowała tak zwane 10 przykazań Hutu. W podzielonej Rwandzie ta propaganda trafiła na podatny grunt.

Nie wolno również zapomnieć o polityce światowej, która miała wpływ na brak reakcji na eskalację konfliktu. Rwanda, która była pod protekcją Belgijską, była krajem frankońskim, tak więc była pod strefą wpływów rządu francuskiego. Nie chcieli więc stracić państwa na rzecz anglojęzycznych Rwandyjczyków z Ugandy. Dlatego też francuscy spadochroniarze w początkowej fazie wojny pod pretekstem pomocy swoim obywatelom wspierali plemię Hutu, a kiedy rozpoczęło się ludobójstwo rząd francuski był gotów zawetować w Radzie Bezpieczeństwa każdą propozycję interwencji militarnej. W związku z przedłużającą się wojną powstawały nowe bojówki, a Tutsi coraz częściej byli ofiarami krwawych mordów. Do Rwandy zaczęła napływać w ogromnej ilości broń i amunicja z Francji, Egiptu czy Chin, skąd dostarczane były maczety pod pretekstem lepszej uprawy roli.

W 1993 roku zawarto porozumienie za sprawą mediacji pokojowych Organizacji Jedności Afrykańskiej oraz rządu sąsiednich państw. W październiku 1993 Rada Bezpieczeństwa ONZ powołała Misję Organizacji Narodów Zjednoczonych do spraw Pomocy Rwandzie (UNAMIR), której to zadaniem było promowanie pokoju, a także monitorowanie procesu pokojowego oraz udzielenie pomocy humanitarnej. ONZ wysłał do Rwandy misję składającą się z 2500 lekko uzbrojonych żołnierzy, mieli oni jedynie mandat obserwacyjny, a broni mogli używać tylko w samoobronie. Rokowania pokojowe nie przyniosły nic dobrego, wprowadzanie postanowień odkładano w czasie, coraz częściej łamane były prawa człowieka. Sytuacja w kraju pogarszała się z dnia na dzień.

Punktem zapalnym, który doprowadził do rozpoczęcia rzezi, było zestrzelenie samolotu w 1994 roku, na pokładzie którego przebywał prezydent Rwandy Hutu Habyariami, ale i prezydent Burundi Cyprien Ntaryamira. Oficjalnie nie zostało potwierdzone, jakoby przedstawiciele Tutsi stali za tym zamachem, ale był to doskonały pretekst do rozpoczęcia przez bojówki Hutu trzymiesięcznego niszczenia przedstawicieli Tutsi. Masakra rozpoczęła się zaledwie pół godziny po zamachu. Rozpoczęła się w stolicy, lecz wystarczyło kilka dni, aby ogarnęła cały kraj. Przedstawiciele plemienia Hutu byli bezwzględni: zabijali mężczyzn, kobiety i dzieci były gwałcone, a domy palone. Była to jednak niespotykana do tej pory rzeź. Przemawia za tym chociażby fakt, że działo się to przy akceptacji społeczeństwa, co więcej odbywało się to przy jego aktywnym udziale, a także milczeniu świata. Były ustawiane blokady, gdzie sprawdzano karty identyfikacyjne. Jeżeli w rubryce przynależność etniczna widniał napis „Tutsi”, było to równoznaczne ze śmiercią. Codziennie z blokad były organizowane wywozy ciał, które wrzucane były do rzeki. Po kilku tygodniach zabijania ludzie tak do tego przywykli, że stało się to dla Hutu czymś w rodzaju sportu, zapomniano o hodowli bydła czy uprawie roli, liczyło się tylko zabijanie. Należy jednak podkreślić w tym miejscu, że Hutu nie zabijało wyłącznie Tutsi, ale Hutu zabijali również Hutu: tych, którzy przeciwstawiali się mordom, więc automatycznie stawali się zdrajcami.

O ludobójstwie, które odbywało się na terenie Rwandy, doskonale wiedziały państwa zachodnie, jednak nic nie zrobiły w tej sprawie. Mimo tego, że dowódca UNAMIR-u prosił ONZ o wsparcie, ci odmówili powiększenia sił międzynarodowych w tym regionie oraz zobligowały do zachowania neutralności. W krótkim zaś czasie po ataku na premier Hutu Agathr Uwilingiyimana i zabiciu 10 żołnierzy Belgijskich, naród ten postanowił wycofać swoje wojska. Za przykładem Belgów swoje wojska wycofały również inne państwa. Po wycofaniu wojsk ONZ, Rada Bezpieczeństwa zdołała jedynie wydać rezolucje, w której to potępiła postępowanie Hutu, Stany Zjednoczone ograniczyły się do przesłania kondolencji. Francja, Rosja i Chiny były przeciwne interwencji Narodów Zjednoczonych, gdyż uważały, że jest to wewnętrzna sprawa Rwandyjczyków.

Dopiero 22 czerwca 1994 r. Rada Bezpieczeństwa ONZ wyraziła zgodę na ustanowienie misji humanitarnej pod dowództwem sił francuskich. Była jednak to spóźniona interwencja. Bilans zbrodni był przerażający: w niecałe 100 dni z rąk plemienia Hutu zginęło blisko milion Tutsi. Krwawe zamachy trwały do całkowitego przejęcia władzy przez Rwandyjski Front Patriotyczny.

Światowa opinia publiczna nie zareagowała wcześniej, ponieważ była w tym czasie skupiona na czymś innym, a mianowicie na wojnie w Bośni, przygotowaniach do Mistrzostw Świata w piłce nożnej w USA czy procesie O. J. Simpsona

Rwanda legła w gruzach, nie istniała gospodarka czy instytucje publiczne. Niespełna 3 miliony Rwandyjczyków uciekło za granice ze strachu. Kiedy wracali, najczęściej witały ich zgliszcza. Kolejnym ogromnym problemem były osierocone dzieci w liczbie sięgającej około 400 tysięcy, stosunek kobiet do mężczyzn przed kwietniem był wyrównany, zaś po bestialskich mordach wynosił 70 do 30. Kiedy władzę w państwie przejął RFP, rozpoczęła się ucieczka obawiających się zemsty Hutu. W więzieniach zostało osadzonych około 120 tysięcy członków tego plemienia. W listopadzie 1994 roku został powołany Międzynarodowy Trybunał Karny dla Rwandy, którego zadaniem jest (ciągle funkcjonuje) ukaranie winnych. Wielu ludobójców nie zostało jeszcze osądzonych, co więcej wielu żyje obecnie płot w płot ze swoimi oprawcami.

ONZ – organizacja, której główną dewizą jest „Pokój i bezpieczeństwo” pozwoliła na kolejną przeraźliwą zbrodnię. Mimo liczny zapowiedzi, że do podobnych zbrodni nie dojdzie po ludobójstwie Ormian czy tragedii w Kambodży, Rwanda pokazuje nam inny obraz. Działania były podjęte z ogromnym opóźnieniem, co więcej były one niechętne, a rozpoczęte na początku wojny domowej mogły ocalić życie tysięcy obywateli.

Rafał Borowy

Bibliografia:

B. Bruneteau, Wiek ludobójstwa, Warszawa 2004.

http://www.konflikty.pl/historia/czasy-najnowsze/opowiesc-o-rwandyjskiej-tragedii/

Rwanda

http://www.unic.un.org.pl/strony-2011-2015/ludobojstwo-w-rwandzie/2428