Zostałam zapisana do udziału w tegorocznych ŚDM. Nie pytana o zgodę. Poza mną zdecydowano o mnie. Nie lubię, boję się tłumu, szczególnie tłumu młodych, rozentuzjazmowanych ludzi. Nie lubię chaosu i hałasu, boję się „polowych” warunków,  wszelkich niedostatków i braku wygody. Jednak jadę. Na pytanie: dlaczego?, sama sobie odpowiadam: do końca nie wiem, piękni ludzie wokół mnie, może wydarzy się coś niezwykłego, może przeżyję trudne (choć się boję), ale niepowtarzalne chwile.

Łagodnie, bez przeszkód docieramy do Krakowa na miejsce noclegu i pierwsze „trudne” doświadczenia. Stoimy trzy godziny w błocie po kostki, cierpliwie, ale ze wspomnieniem uśmiechu na twarzach, plecakami i nadzieją na zakwaterowanie poza błotem. Cierpliwość zostaje nagrodzona, udaje się, dostajemy wojskowy namiot w trawie sięgającej kolan, ale bez błota. Lepiej być nie może, wszyscy jesteśmy szczęśliwi, a ja nawet nie pomyślałam o moim wygodnym łóżku. Kolejne godziny to Kraków, piękne miasto zatopione w tłumie kolorowych młodych ludzi z całego świata. Słychać języki wszystkich kontynentów (Irlandczycy śpiewają, jak dwuosobowy chór anielski) nad oceanem młodych, młodszych i tych młodszych inaczej, wszystkich, którzy chcą spotkać się na pewno z Ojcem Świętym, ale czy tylko… Jeszcze tego nie wiem.

Wieczorem pod Papieskim Oknem na  Franciszkańskiej słyszymy słowa o doświadczeniach każdego człowieka: o cierpieniu i grzechu. papież mówi także o bezwzględnej nadziei płynącej z Bożej miłości, dzięki której i dla której jesteśmy.  Także ja tu jestem dla tej nadziei, w tym miejscu, w Krakowie, właśnie w tym czasie.

Kolejnego dnia docieramy do Brzegów. W pełnym słońcu, spoceni, zmęczeni jesteśmy na miejscu. Oswajamy przestrzeń, uciążliwy upał ustępuje, pojawia się przyjemny, delikatny powiew wiatru i światło zachodzącego, letniego słońca. Pomimo gwaru milionowego tłumu otacza mnie spokój i ukojenie. Ze wzruszeniem wysłuchuję świadectw wiary młodych osób z różnych krajów, różnych kultur, osób mających odwagę wierzyć i mówić o swoich uczuciach, przeżyciach i oddaniu Bogu. Podziwiam ich. Czy ja tak potrafię? Nie wiem, ze wskazaniem na „nie”.

I wreszcie przemówienie Ojca Świętego Franciszka. Niezwykłe w prostocie słów, wspaniałe, boleśnie prawdziwe. Nasze… moje życie nie może być wegetacją na wygodnej kanapie. Ta kanapa szczęścia ma tyle codziennych znaczeń, że przytłacza, aż chce się rozłożyć kolejną, bezpieczną, żeby tylko nie spaść z dotychczasowej. Siedzę, leżę na niej od lat, otaczam się kolejnymi kanapami, fotelami, liczę na większy komfort i wygodę. Jeszcze kolejny mebel i nie będę mogła nie tylko wstać, ale nawet oddychać. Papież Franciszek wzywa do zamiany kanapy na parę butów, do próby zmiany naszego życia, do próby pozostawienia śladu po sobie. Każdy ma szansę i nigdy nie jest za późno. To trudne wyzwanie, ale żaden człowiek nie jest sam. Słyszymy: Miej odwagę, nie jesteś sam! Ja też słyszę: nie jesteś sama! Nie wiem czy znajdę sportowe buty i czy będę umiała je założyć, ale mam wrażenie, że jakaś drobna część mnie spadła z hukiem z mojej kanapy szczęścia i próbuje dotknąć  podłogi w poszukiwaniu butów. Nie jestem sama. Ufam. Wokół mnie  cisza, blask  świec i wielkie szczęście przebywania w Tym miejscu, o Tej porze, pośród Tych ludzi, którzy są najbliżej mnie, ale także pośród milionowego tłumu. Ten tłum, wbrew moim obawom, nie przytłacza i przestrasza, lecz unosi we wspólnym zaufaniu Bożemu Miłosierdziu.

Dziękuję wszystkim, którzy zadecydowali za mnie.

B.O.